pierwsze spotkanie naszej trojki w Paryzu w iscie "backpakerskim" stylu uczcilysmy szampanem....
jak doszlysmy do gate'u ladowac sie na pokad oczywscie Asia musiala (dzieki Bogu na chwile) zgubic swoj paszport... przeciez nie bylaby soba:))) zrobilo sie nam troche cieplo ale tylko na chwile... schowala go sobie w lepsze miescie aby miec go pod reka...
no i tak po 13 godzinach lotu wyladowalysmy w boskim Buenos Aires...
oczywiscie jak typowe turystki musialysmy swoje odstac w kolejce do odprawy... - prawie godzina no a potem juz czekal na nas taksowkarz... i kolejna prawie godzina do hotelu!!! - Monia "wspaniale" udawala ze rozumie co taksowkarz do niej mowil, a moze po prostu go rozumiala??? staral sie mowic po hiszpansku powoli i wyraznie:))
Hotel - Trendy Lulu w jednej z trendy dzielnic BA - Palermo - troszke nas hmmmmmmmmm delikatnie mowiac zaskoczyl:))) - Monia zaltwila pokoj, nota bene pod nazwa "3 Geishe", do prywatnego uzytku... a wyglada to mniej wiecej tak, ze mamy jeszcze 2 dodatkowe lozka na poddaszu, ktorych nikt juz nie zasiedli ale poraz pierwszy nie mamy w hotelu drzwi do pokoju i czesciej spotykane - wspolna lazienke:)) ale jazda!....
pierwsze zadanie po wyjsciu na miasto to wymiana dolarkow na peso - i wcale to nie takie latwe bo zaden bank nie chcial nam ich wymienic!!!!! - odsylali nas za rog i koniec koncow wymienilysmy je w jakiejs a'la galerii gdzie nawet kurs nie byl wywieszony?!?!?! czy to jakis czarny rynek czy co?? - temat do rozwalenie w przyszlosci.... ponadto odkrylysmy tutaj zawod (moze pomysl na biznes w polsce) "wyprowadzacz psow" totalny czad!!!! nawet sklepy z ubrankami dla pieskow tutaj sa....bez komentarza...
na koniec dnia ( w sumie w polowie... ale dla nas to juz prawie wieczor) zaliczylysmy najslynniejszy tutaj cmentarz.... takie nasze Powazki... ale tutaj one sa ze znacznie wiekszym rozmachem (widzialysmy grob Evity) no i wciagnelysmy pierwszego steka z buteleczka czerwonego wina.... pychotka:))))a zeby bylo troszke backpakersko to wrocilysmy do hotelu miejskim transportem czyli autobusem.... 2 bilety udalo nam sie kupic z trzecim byl problem... wiec jedna z nas pojechala na gape....
a teraz juz mamy totalny zjazd
padamy .... ale moze sie jeszcze podniesiemy na chwile bo w lodowce szampan sie chlodzi....
Przepraszam ale dzis niestety zdjecia w malym formacie.... komputer jest dosc wiekowy i wszystko idzie mu baaaaaaaaaaaaaaaardzo wolno....
ulice Buenos Aires
mozna tu spotkac wiele slicznych malych domkow...
pomiedzy wysokimi wiezowcami
zachwycily nas tablice ogloszeniowe...
no i wspomniany wczesniej zawod "wyprowadzacz psow"
a na koniec zdjecia z cmentarza
sciskamy
MMA
PIERWSZA!!!!!!
OdpowiedzUsuńWyprowadzacz psow fajna fucha szczegolnie jak szystkie robia kupe, to zamiast z malym woreczkiem chyba trzeba chodzic z calym koszem na smieci. (nie wspomne o rozowlnieniu...
Widze ze sloneczko macie, wiec troche zazdroszcze.
Los buziakoz z El Wroclawios
witamy na drógiej półkuli ! No to super - ale nie chodzicie do góry nogami ???
OdpowiedzUsuńCholera, no aż głupio pisać, ale najbardziej mnie ujęły te uliczki na "najsłynniejszym cmentarzu"
OdpowiedzUsuńCzekamy na więcej
paaaaa
Oczywiście zdjęć, niekoniecznie w cmentarnych klimatach :)
OdpowiedzUsuńSister to nie konkurs kto pierwszy:))) ale jak Ci sprawia radosc!!!:))
OdpowiedzUsuńTatek - nie nie chodzimy do gory nogami.... jesli nie tak rozumiec tzw Jet lag... wciaz czujemy 5 h roznicy....
Kamyk - dobrze dobrze... rozkrecam sie poooooowoli w koncu to wakacje:)))